Uwaga zły pies

aa1.JPG

TL;DR: Nie ugryzł

Jednodniowy wyjazd do Albanii przyniósł więcej przemyśleń, niż siedzenie w domu przez miesiąc. A było to tak:

Upalny marzec, popołudniowy autobus rusza z rozgrzanej płyty dworca na którym senny pan ochroniarz kieruje pasażerów do odpowiedniego przejścia: po lewej wyjeżdżający, po prawej wracający. Wszystko nosi znamiona pokrytego kurzem socjalizmu polukrowanego chęcią przystąpienia do Zjednoczonego Kultu Cargo. Bilet zwisający na skraweczku papieru czeka na stanowczy gest kierowcy. Wszystkie procedury zakończone, odhaczona pogawędka, kawa i papieros, przeciągany poza wyznaczony czas pobyt w kojącym cieniu dworca, ale kiedyś trzeba ruszyć. Łaskawy szofer wzdycha i zbolałym wzrokiem żegna się z chłodem pomieszczenia dla pracowników. Odjeżdżamy. Woda w butelce i książka do towarzystwa, przed nami daleka droga.

A10A11

Granica państwa urzeka górami. W miasteczku ciepło, nocą nawet bardziej, a górskie szczyty lśnią bielą śniegu strasząc zostawionymi w kraju przymrozkami. Wielu ludzi pomocnych, chociaż są zaskoczeni  naszym wyuczonym ‚blagodaram’. Złudne przeświadczenie o jednolitym języku w całym kraju długo nie pozwala zrozumieć  zdziwienia mieszkańców, chociaż powszechne koszulki z albańskim dwugłowym orłem powinny być jakąś wskazówką. Ale zmyliła nas granica państwa, po raz kolejny potwierdzająca abstrakcyjność założenia. Na styku tego konstruktu wrą konflikty. Wieczorem spacer po sennym miasteczku, wszystkie straganiki spakowane, stoiska zebrane, a ulicami walają się resztki warzyw. Przy zamkniętym sklepiku stos kapusty; w środku za mało miejsca, a poza tym za kilka godzin trzeba wynosić ją z powrotem. Czeka na nowy dzień chroniona daszkiem i zaufaniem społecznym.

a20

Nagrzana ziemia dzieli się swoim ciepłem, a wieczorne światła Debar przechodzą płynnie w rozgwiezdzone niebo. Gdzieś w mroku niespokojne owce truchtają potrząsając dzwonkami, dalekie rozmowy nad wieczorną kawą dolatują delikatnym szumem, świerszcze nawołują się świergotem wyznaczając swoje własne, urojone granice. Chwila, którą chciałoby się zatopić w bursztynie. Dobranoc, nieznana kraino, pora zejść z gór do hotelu.

Rankiem kawa i rozmowa z pracownikiem hotelu i można ruszać pylistymi uliczkami do granicy, mimo, że polecają taksówkę: najpopularniejszy środek transportu. Ale chcę zobaczyć, chłonąć, uczyć się. Dwa pasma górskie w niemym bezruchu pilnują spokojnej doliny gdzie tysiące śmieci porywanych wiatrem znaczy haniebny szlak człowieka „cywilizowanego”. Kilka ukrytych na wzgórzu bunkrów z wieżyczkami, znudzona straż graniczna i kawa po drugiej stronie, w innym kraju, w sosie odmiennej kultury. Wszystko wciąż takie samo. Zaskakująco wysoka cena za przejazd starym dostawczakiem do Peszkopija, ale widoki niesamowite.

a13

Ulicami przechadzają się mężczyźni dyskutując o czymś z ożywieniem, miejsce oznaczone jako punkt informacji turystycznej jest pokoikiem wypełnionym stolikami przy których trwają mikroskopijne wojny na kwadratach szachownic. Jedyne przedstawicielki to królowe przy boku najważniejszych figur w tej grze. Pomniki znamienitych wojowników, najważniejszych postaci dla miasta, regionu, kraju. Kobiety zajęte życiem przemykają przez sobotnią rutynę w zaciszu domowym.Turyści widoczni jak na dłoni; trzeba się naprawdę postarać, by stopić się z tym tłumem. Miejscowi zaczepiają żeby pogadać, zapytać, zdziwić się, że taka droga daleka tylko po to, by zobaczyć ich miejscowość, żeby mieć o czym opowiadać przy kolejnej kawie i po powrocie do domu.

a14a5a2a6

Śpiew muezinów niesie się ponad miastem, winnicami, górami. Jest spokojnie, wiosennie, leniwie.

Droga powrotna była niezapomnianą przygodą. Miejscowy człowiek „od wszystkiego” obiecuje nas podwieźć. Tym razem cena wzrosła, ale i podróż bardziej atrakcyjna. Sprowadzony „anglik” niemal szoruje miską olejową po dziurawym asfalcie, ale nasz kierowca zna tu wszystko i wszystkich. Co chwilę pokrzykuje na kogoś z okna, umawia się na kawę, na wieczór, sprzedawca z przydrożnego straganu podaje mu jabłko, które mistrz kierownicy porywa ze śmiechem i pędzimy dalej. Kręta droga miga w oczach jak sen szaleńca, rozmowa ponad barierami językowymi i z wzrokiem utkwionym w lusterku wstecznym, bo rozmówcy należy patrzeć w oczy, radosny śmiech ponad wysypiskiem.

a23

Przechodzimy przez błoto, mimo, że nie padało od dawna (suchar lingwisty).

a21

Jeszcze tylko wesoły pan celnik w budce pokrzykuje, że wlepiłby mandat za przekraczanie prędkości, ale pieszego nie wypada za to karać i już jesteśmy po drugiej stronie. Rzut oka na tablicę z ciekawostkami na trasie pieszej i rowerowej i…

a18

Chcieliśmy wrócić jak przyszliśmy, ale znów na nas trąbią nieliczni taksówkarze. Wściekli się? Nie zamierzamy zamieniać przyjemnego spaceru w taką pogodę na jazdę w dusznym samochodzie. Ale ktoś nie wytrzymuje i z hurgotem hamuje wzbijając tumany pyłu. Z samochodu gramoli się pasażer i tłumacząc w kółko „pesa kucze” niemal siłą wpycha nas na tylne siedzenia. „Haw, haw, pesa!” wysłuchujemy niemal całą drogę. Przejeżdżamy obok wysypiska, które niczym się nie różni od tych hałd śmieci w każdym zakątku Bałkanów i spływa na nas olśnienie. Na składowisku mieszkają watahy bezdomnych psów, przed którymi często ostrzega się w przewodnikach turystycznych. Nierzadkie są pogryzienia, a nawet zagryzienia na śmierć. Nasz poranny kierowca, od granicy albańskiej do Peszkopi okazał się popołudniowym pasażerem (tam pracuję, tu mam żonę i mieszkam). Do miasteczka dojechaliśmy za darmo.

a15

Jeszcze tylko pożegnalne zdjęcie zza szyby autobusu i można wracać.

a19

Wszystko wydawało się takie nierealnie przyjazne, chociaż wre nie tylko między państwami, a samo przejście było świadkiem ataku terrorystycznego w latach 90. Mieszkańcy po obu stronach nastawieni na turystów nie zawsze chcą wyciągnąć od każdego z nich „dudki”, często robią coś ot tak, z odruchu serca. Na granicy nikt nie sprawdzał naszych plecaków, nikt nie kazał wybebeszać kieszeni, nikt nie skanował wykrywaczem. Ale świadomość tego przyszła kilka miesięcy później, w zupełnie innym miejscu. Popijając kawę na patio hostelu z nowo poznanym wędrowcem rozmawialiśmy o zaufaniu społecznym. O jakimś odruchu ludzkim, o tym, że pamiętam jeszcze czasy, gdzie każdy zostawiał klucze do mieszkania w bucie, chociaż nikt nie miał konta w banku, by trzymać tam wypłatę. O gościnności, o zdrowej ciekawości świata, innych. O nie zamykaniu się na strzeżonych osiedlach, o braku kodów do klatek schodowych. I nagle zupełnie obcy człowiek z zupełnie obcego państwa zadał jedno arcyważne pytanie. No właśnie. Jakie nieszczęście spotkało nasz naród na przestrzeni tych lat, że staliśmy się tak nieufni?

a12
Warto było 

 

P.S. Peshkopi i Peszkopija to zamiennie używana nazwa tego samego miasteczka. Każda ze spotkanych osób używała je alternatywnie.

P.S.2 Czasy zdjęć robionych młockarnią.

 

Do poczytania:

Proces skazanych w ataku terrorystycznym, na końcu wywiad z profesorem Rzeplińskim odnośnie samego procesu (ang) https://web.archive.org/web/20090316025705/http://www.greekhelsinki.gr/pdf/ghm-greeks-albanians.PDF

Więcej nie znalazłam, bo to małe przygraniczne miasteczka, o których świat zapomniał.

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s